poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Bramy Domu Umarłych - Steven Erikson


Bramy Domu  Umarłych to druga część monumentalnej Malazańskiej Księgi Poległych stworzonej przez Stevena Eriksona. Przy tej książce popełniłam jeden zasadniczy błąd: po przeczytaniu około 200 stron odłożyłam ją na czas nieokreślony. Teraz, kiedy wreszcie udało mi się ją skończyć stwierdzam, że jest  to książka, którą należy czytać od deski do deski, na raz i z maksymalnym skupieniem, bo inaczej umykają istotne dla fabuły szczegóły.


Świat stworzony przez autora jest monstrualny. Bohaterów i ras są dziesiątki, a dochodzą do tego również bogowie i demony. Na pewno nikt nie będzie narzekać na różnorodność i mnogość wszystkiego.  Bohaterów jest dużo, na szczęście na początku książki widnieje ich spis. W tej recenzji przedstawię tylko najważniejsze według mnie wątki. 

Imperium Malazańskie jest osłabione po konfliktach w części poprzedniej. Na Świętej Pustyni Raraku jasnowidząca sha’ik przygotowuje powstanie, które będzie nosić miano Tornado Apokalipsy. Jego celem jest uwolnienie miast spod panowania malazańczyków. Wielka pięść Siódmej Armii Coltaine zbiera z wolnych miast uciekinierów i wojsko i rozpoczyna marsz Sznura Psów, ucieczkę przed buntownikami. Prowadzi dziesiątki tysięcy osób przez pustkowia, a ich cel oddalony jest o tysiące mil na południe kontynentu.  Kolejne wątki to ucieczka z niewoli w kopalniach otatarlu pewniej dziewczyny Felisin i starca Heborica i ich podróż na Pustynie Raraku. Moi ulubieni bohaterowie – resztki drużyny Podpalaczy mostów – skrytobójca Kalam wyrusza wymierzyć sprawiedliwość, a saper Skrzypek oraz towarzyszący Crocus i Apsalar zmierzają do Domu Umarłych, gdzie gromadzą się bogowie i zmiennokształtni poszukujący Ścieżki Dłoni. Jednak żaden z bohaterów nie zasłużył na miano głównego, wszyscy są równorzędni, co ma swoje plusy jak i minusy. 

To taki wielki, wielki skrót tego co się w tej książce dzieje. Jest to brutalne bitewne fantasy, które nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia. Ciągle coś się dzieje i ciągle ktoś z kimś walczy. Opisy bitew są nadzwyczaj krwawe, a autor nie oszczędza nawet głównych bohaterów. To na pewno nie jest książka i seria dla wszystkich. Trzeba lubić taki lekko przyciężki sposób pisania, jakim charakteryzuje się ta pozycja. W poprzedniej części przez połowię książki nie wiedziałam co się dzieje (CZYTAJ TU). Tym razem miałam pewne zaczepienie w postaci niektórych znanych mi bohaterów, ale i tak dość długo musiałam ogarniać, gdzie oni właściwie idą i po co. Akcja rozgrywa się w zupełnie innym miejscu co nie pomaga w orientacji. Na starcie trzeba przez chwilę zacisnąć zęby i czytać dalej, bo w końcu wszystko staje się jasne i klarowne.  

Polecam tą serię wszystkim lubujących się w mocnym bitewnym fantasy. Tą książkę albo się kocha, albo nienawidzi. Ja deklaruję to pierwsze i z ciekawością sięgnę po kolejne części Księgi Poległych.

Szczegóły:
Tytuł: Bramy Domu Umarłych
Tytuł oryginalny: Deadhouse Gates
Cykl: Malazańska Księga Poległych
Tom: 2
Autor: Steven Erikson
Wydawnictwo: Mag
Liczba stron: 774

środa, 24 sierpnia 2016

Prawo Mojżesza - Amy Harmon [PRZEDPREMIEROWO]


Prawo Mojżesza jest książką naprawdę niezwykłą. Początkowo byłam do niej sceptycznie nastawiona, bo Mojżesz? Serio? Dla wszystkich tych, którzy wyczuwają po tytule, że jest to opowieść pełna religijnych odniesień mówię, że tak nie jest. To książka z gatunku New Adult opisująca przede wszystkim trudną miłość.

Mojżesza znaleziono w koszu na pranie w pralni (skąd jego imię), a jego matkę martwą z przedawkowania cracku parę dni później. Otrzymał imię Mojżesz i był dziwnym dzieckiem z problemami. Posiadał niesamowity dar – malował arcydzieła oraz widział zmarłych. Wędrował po różnych rodzinach zastępczych, a rozumiała go tylko jego prababka Gi. Przez całe życie był zamknięty w sobie, mroczny i milczący. Do czasu, aż osiemnastoletni Mojżesz zjawił się na farmie rodziców Goergii. Dziewczyna zajmowała się końmi i hipoterapią, była radosna i pełna energii. Mimo ostrzeżeń zbliżyła się do Mojżesza i postanowiła go „naprawić”. 

Już napis na okładce informuje, że nie jest to historia z happy endem. Czy ja wiem? Ja w tej historii jakiś swoisty happy end znalazłam, ale po drodze jesteśmy świadkami sporej ilości bólu. Życie i śmierć odgrywają tu wielką rolę. Duchy zmarłych napędzają fabułę powieści i dodają tajemniczości i niepokoju. To dzięki śmierci bohaterowie doświadczają tylu emocji i przeżyć. Bardzo ciężkich przeżyć.

Spodobało mi się, że już na samiutkim początku pojawia się zapewnienie o nadchodzącej stracie i bólu, co pozwoliło mi się w jakiś sposób przygotować na te smutne wydarzenia. Biorąc pod uwagę moje zdolności płakania na prawie wszystkim, tu nie uroniłam żadnej łzy wzruszenia. Było smutno i refleksyjnie, ale nie do przesady. Szczęśliwe i zabawne momenty również się znalazły, więc nie myślcie, że jest to książka tylko do zadręczania się i smucenia. W piękny sposób opisane są uczucia miłości, tej romantycznej i matki do dziecka, nawiązania do malarstwa, a nawet hipoterapii. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona tym jak sporą część książki poświęcono koniom, ich zachowaniom i uzdrawiającym wpływie na ludzi. 

Jedyne co mi przeszkadzało to jednak jest imię Mojżesza. Wydaje mi się, że jakby miał inne to fabuła niczego by nie straciła, a mi nie kojarzył by się z Biblią. To chyba na tyle minusów, reszta była perfekcyjna. Na książkę można różnie patrzeć bo posiada w sobie elementy romansu, powieści paranormalnej, a nawet kryminału. To cudowna opowieść pełna pięknych i strasznych uczuć. Strach, rozpacz, szczęście i słodycz przeplatają się na jaj kartach tworząc wspólnie wspaniałe dzieło. Polecam tę książkę wszystkim. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję:


Wydawnictwo Editio Red (HELION SA)


Szczegóły:
Tytuł: Prawo Mojżesza
Tytuł oryginału: The Law of Moses
Tom: 1
Cykl: Prawo Mojżesza
Autor: Amy Harmon
Wydawnictwo: Editio Red
Liczba stron: 360

Premiera książki już 31.08.2016! Nie przegapcie!

niedziela, 21 sierpnia 2016

#czytamcopolskie, czyli słów kilka o Jacku Łukawskim

Polskich autorów nie czytałam w ogóle. Po przeczytaniu „Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego lata temu, nie znalazłam, żadnego polskiego autora, który by spełnił moje wymagania, co do książek fantasy – czyli tych, które lubię i wtedy lubiłam najbardziej.

Ostatnio przekonałam się do paru osób. Długo zastanawiałam się o kim by tu napisać. Może o Remigiuszu Mrozie (przecież trwa teraz istna mrozomania), albo o pani Miszczuk? Zdecydowałam się jednak na moje tegoroczne odkrycie, czyli na Jacka Łukawskiego. Niedawno wydał on „Krew i Stal” – swoją debiutancką powieść, książkę naprawdę niesamowitą, której recenzję pełną moich zachwytów znajdziecie TU.

Jacek Łukawski jest postacią niezwykle barwną, a to czym się interesuje i zajmuje na co dzień odzwierciedlił w swojej książce. Z zawodu grafik komputerowy, z zamiłowania członek bractw rekonstrukcyjnych. Wiecie co to, prawda? Te organizacje fanów machających średniowiecznymi mieczami i toporami, czy strzelającymi z armat (tak w wielkim skrócie). Właśnie tę pasję widać w jego powieści. Przebieg pojedynków na miecze i fachowych nazw ruchów jest bardzo profesjonalnie opisany. 

Jacek Łukawski urodził się w Kielcach, a obecnie mieszka w cieniu chęcińskiego zamku (byłam, jest tam pięknie). W tamtych okolicach żyją własnym życiem opowieści o czarownicach na Łysej Górze i czartach przemykających nocą po lasach i właśnie taki słowiański, fantastyczny świat wplótł do swojej książki. Inspiracji miał dużo. Czasy wczesnego średniowiecza pomieszał ze słowiańską mitologią co zaowocowało wspaniałą powieścią: mega dobry pomysł, świetni bohaterowie, język stylizowany na średniowieczny, bogaty świat stworów i wierzeń Słowian. Dla mnie to był kosmos. TEGO szukałam tak długi czas i w końcu znalazłam!


Wpadajcie na moją recenzję >RECENZJA< , w niej znajdziecie więcej powodów do przeczytania tej książki. Nie mogłam uwierzyć, że to debiut.

Myślę, że o Jacku Łukawskim i jego Krainie Martwej Ziemi będzie jeszcze głośno. Można powiedzieć, że powoli odzyskuję wiarę w polską fantastykę i w polskich autorów. 



Wpis powstał w ramach akcji #czytamcopolskie, organizowanej przez 
Isabelle West z bloga Heavy Books

środa, 17 sierpnia 2016

Promyczek - Kim Holden


Czasami lubię sobie popłakać przy książce. Ale tylko czasami. Jeśli trafiam na wzruszające fragmenty bardzo często lecą mi łzy z oczu, ale to tak przez chwilę. Przy Promyczku ryczałam przez prawie 200 ostatnich stron! I wiecie co? To wcale nie było fajne. Chciałam spokojnie dokończyć książkę, ale się nie dało. Zaciskałam zęby i modliłam się, żeby to był już koniec. Zmęczyłam się tą historią i to bardzo. Szczerze mówiąc nie była jakaś bardzo niezwykła.


Katie jest tytułowym promyczkiem. Jest radosna, szczęśliwa i zmienia życie innych ludzi mimo, że jej własne było ekstremalnie ciężkie. Przeprowadziła się z San Diego w Kalifornii do Minneapolis na studia. Jest niesamowicie pozytywną postacią i od razu ją polubiłam. Ma najlepszego przyjaciela, który jest gwiazdą rocka – Gusa, nowych kolegów z akademika – Petera i Claya, oraz koleżankę z nowej pracy w kwiaciarni – Shelly. Zmienia życie ich wszystkich wpuszczając w nie swój entuzjazm i blask. W pobliskiej kawiarni poznaje Kellera, którego życie zmieniła najbardziej i który zakochał się w niej. Ale Kate się nie zakochuje, a raczej stara się tego nie robić, bo nie ma przed sobą przyszłości. 

Wszyscy reklamowali tą książkę jako cudowną i genialną. Bardzo mi się podobała, ale jest zwyczajna. Nie ma w niej nic odkrywczego, co nie byłoby już opisane.. Pierwsza połowa była ekstremalnie nudna. Nie działo się absolutnie nic poza zwykłym życiem studenta, który kursuje między akademikiem a kawiarnią. Szczegółowe opisy codziennych zajęć może na początku były ciekawe, ale potem mi się lekko przejadły. Książka jest bardzo długa i na plus wyszłoby skrócenie jej o połowę. Właśnie mniej więcej od połowy następuje kumulacja wszelkiego smutku, kiedy dowiadujemy się o pewnych okolicznościach. 

Nie mówię, że nie powinieneś realizować celów i spełniać marzeń. Po prostu nie rezygnuj z tego, co dzieje się teraz, dla nieznanej przyszłości. Może ominąć cię wiele szczęścia, kiedy będziesz czekał na lata, które mogą nigdy nie nadejść. Nie trać czasu, bo przegapisz chwilę obecną, 
a przyszłość wcale nie jest taka pewna.

Powieść ta posiada słodko-gorzkie zakończenie. Jest w nim pełno śmierci, ale też życia i nadziei. Fajnie, że autorka postanowiła nie spuszczać z nieba cudu i wszystkiego odmieniać. Jeśli jesteście bardzo twardoskórzy to przynajmniej na końcu powinniście uronić parę łez. Ja byłam płaczem kompletnie wykończona i czytałam, żeby tylko tą książkę za jednym zamachem skończyć i nie musieć się męczyć później, w wyniku czego po czytelniczej nocy wyglądałam nie za ciekawie z opuchniętymi od płaczu oczami.

Myślę, że dla wielu osób ta historia może być tą najlepszą i jedyną. Przyznam, że dawka cierpienia przenikająca z jej kart w czytelnika jest dużo większa niż ta z Zanim się pojawiłeś Jojo Moyes. Poruszyła mnie, podobała mi się, ale chyba za bardzo się nią zmęczyłam, a podczas czytania dobrej książki powinnam jednak odczuwać przyjemność. Po skończeniu jej odczułam wielką ulgę, że książka jest już za mną. 

Masz przed sobą wspaniałe życie. Przeżyj je co do minuty. Zacznij już teraz.

Mimo wszystko naprawdę ją polecam, szczególnie osobom, które lubują się w pięknych, płaczliwych historiach pełnych słońca, ale też cieni. Mój zachwyt utonął w morzu zużytych chusteczek higienicznych, ale smakosze takich książkowych klimatów będę zadowoleni. 

Szczegóły:
Tytuł: Promyczek
Tytuł oryginału: Bright Side
Autor: Kim Holden
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 592

wtorek, 9 sierpnia 2016

Rewizja - Remigiusz Mróz

Szczęście to móc przeczytać kolejną część ulubionej serii zaraz po przeczytaniu poprzedniej. Tak miałam w przypadku Rewizji po którą sięgnęłam z niecierpliwiona zaraz po Zaginięciu

Od razu można zauważyć, że panuje w niej nieco cięższa atmosfera i jest dość niepokojąco. Joanna Chyłka spektakularnie sięga dna zapijając smutki i problemy alkoholem. Przez przypadek zwróciła uwagę na Roma, którego żonę i córkę brutalnie zamordowano. Normalnie nie zabrałaby się za sprawę cygana, ale alkohol potrafi zdziałać różne rzeczy. Najdziwniejsze jest jednak to, ze kobiety były ubezpieczone na ogromną sumę miliona złotych. Chyłka będzie próbowała wybronić Bukano w procesie karnym i późniejszym cywilnym o przyznanie odszkodowania.

Firma ubezpieczeniowa nie spieszy się do wypłacenia takiego odszkodowania człowiekowi pochodzenia romskiego. Sprawą Salusa zajmuje się Kordian Oryński razem ze swoim nowym patronem, który jest stary, nie lubi Tolkiena więc ja nie polubiłam jego. 

                                              
                                              - Zamyśliłem się - powiedział
                                              - Nad czym?
                                              - Nad Mordorem - odparł aplikant i rozłożył ręce.
                                          Stary adwokat zmarszczył czoło, uwydatniając zmarszczki na nosie.
                                              - Dlaczego tak nazywacie to miejsce?
                                              - Nie czytał pan Tolkiena?
                                              - Nie. Nie gustuję w tych dzisiejszych wampirach.

Niespodziewanie pojawił się na horyzoncie Piotr Langer, główny antagonista z części pierwszej, a jego obecność nie zwiastuje niczego dobrego. Szykuje się ostra bitwa Zordon kontra Chyłka. Zdecydowanie wolę ten duet działający razem niż przeciwko sobie i przez cały czas trzymałam kciuki za jakiś spektakularny zwrot akcji. Atmosfera była gęsta a nastawienie tej dwójki do siebie można określić jako wrogie i pełne napięcia. Jednak zupełnie nie zmieniło to mojego nastawienia do nich. Kordian był tym razem bardzo zagubiony i zmagał się z wątpliwościami natury moralnej. Dość długo zastanawiał się czy stoi po dobrej stronie barykady i co tak naprawdę liczy się dla niego w życiu. Chyłka mimo alkoholizmu wciąż mnie zadziwiała niestandardowymi działaniami i samotną batalią przeciwko wielkiej korporacji. Najzabawniejsze są jej pełne ironii i czarnego humoru teksty. Nie wiem czy to cecha każdej Joanny, ale moja osobista siostra Joanna też potrafi nieźle dowalić i to na podobnym poziomie (muszę jej wcisnąć książki Mroza).  

                                              - Jak tu przyjechałaś? - zapytał
                                              - Poprosiłam kogoś, żeby mnie podwiózł.
                                              - Kogo?
                                              - Khala Drogo. (...)

Problemy mniejszości romskiej nie są częstym tematem książek, więc z zainteresowaniem przyswajałam kolejne informacje o nich, ich stylu życia i zwyczajach. Spodobało mi się to, że autor poruszył ten dość niewygodny dla większości społeczeństwa temat i opisał go bez zbędnych upiększeń.  Mróz zna się na budowaniu napięcie. Stresowałam się razem z bohaterami. Poczynania Chyłki mogą przysporzyć czytelnika o migotanie komór. Szczególnie po takim a nie innym zakończeniu, które…. aaa nie ważne, sami to przeczytajcie, bo naprawdę warto.

Rewizja jest to świetny książka, która oprócz zagadnień prawniczych porusza całą masę innych zjawisk. Od dyskryminacji przez moralność po korupcję. Ta seria Remigiusza Mroza zasługuje na uwagę i polecam ją z całego serducha. Już nie mogę się doczekać aż dorwę kolejną część!

Muzyka Chyłki do posłuchania!

Szczegóły:
Tytuł: Rewizja
Tom: 3
Cykl: Joanna Chyłka
Autor: Remigiusz Mróz
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron:  624

piątek, 5 sierpnia 2016

Kaznodzieja - Camilla Läckberg

Kamieniarz jest drugą książką Camilli Läckberg. Miałam dość wysokie wymagania po przeczytaniu Księżniczki z lodu i w tym przypadku zadziałało prawo gorszej kontynuacji.

W Wąwozie Królewskim znaleziono ciało młodej dziewczyny. Co dziwniejsze, leżało ono na dwóch szkieletach innych dziewcząt zaginionych przeszło dwadzieścia pięć lat wcześniej. Sprawą zajmuje się Patrik Hedström i jego koledzy z komisariatu. Kiedy znika kolejna kobieta, zaczyna się wyścig z czasem.

Sprawa jest bardzo zagmatwana i aż do końca książki miałam problemy z ogarnięciem wszystkich elementów. Tropy prowadzą  do rodziny Hultów. Ta rodzina to jakiś kosmos. Mieszkają na dwóch sąsiadujących ze sobą posesjach i nawzajem się nie lubią. Dziadkiem był sławny kaznodzieja Ephraim Hult, a jego synowie są obecnie bardzo ze sobą zwaśnieni. Zupełnie nie mogłam się połapać kto jest kim w tej rodzinie. A najgorsze było to, że co druga osoba nosiła imię zaczynające się na „J”.  Autorka miała świetny pomysł, ale chyba częściowo pozostał on w jej głowie. Nieco nieumiejętnie została ta rodzinna sytuacja nakreślona.  Co nie znaczy, że nie było interesująco, bo działo się naprawdę sporo, a policja do chwila pukała do drzwi Hultów. Do ostatniej strony nie wiedziałam co się właściwie dzieje i kto jest odpowiedzialny za morderstwa. 

Głównym bohaterem został Patrik. Erika przez całą książkę siedziała w domu w ciąży i przyjmowała niechcianych gości. Została odsunięta na drugi plan, co początkowo nie do końca mi się spodobało. Pomiędzy pierwszą i drugą częścią książki powstała spora dziura, co niekoniecznie wyszło na plus jeśli chodzi o wątek obyczajowy. Patrika mega polubiłam,  a prowadząc śledztwo pokazał się z bardzo dobrej strony. Jest pomysłowy, zaradny i opiekuńczy względem Eriki, co zdecydowanie dodało mu plusów. Tym razem wątek obyczajowy został potraktowany nieco po macoszemu, ale dzięki temu część kryminalna książki zyskała. 

Podsumowując, Kaznodzieja to naprawdę dobra książka i mimo kilku wad bardzo przyjemnie mi się ją czytało. Największy wpływ na to miała zdecydowanie świetna postać Patrika. Powieść jest napisana nieco pokrętnie, ale przystępnym językiem. Spodobało mi się, że autorka nie skupiła się wyłącznie na bohaterach pierwszoplanowych, ale też na życiu mieszkańców Fjällbacki. Książki Läckberg są jedyne w swoim rodzaju przez zgrabne połączenie obyczajówki z kryminałem. Trzecia część już czeka w kolejce do przeczytania i z przyjemnością się za nią zabiorę. 

Szczegóły:
Tytuł: Kaznodzieja
Tytuł oryginału: Predikanden
Tom: 2
Cykl: Saga o Fjällbace 
Autor: Camilla Läckberg
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 440

wtorek, 2 sierpnia 2016

BOOK TOUR: Jedyny pirat na imprezie - Lindsey Stirling, Brooke S. Passey


Fanką Lindsey Stirling jestem od dawna. Jakieś 4 lata temu przypadkowo odkryłam ją na YouTube, kiedy na jej kanale było zaledwie kilka filmików i stwierdziłam: to jest to, takiej muzyki skrzypcowej mogę słuchać! Od tamtej chwili wyczekuję nowych utworów, które z zamiłowaniem słucham, szczególnie jadąc samochodem i nucąc pod nosem. Tak więc kiedy tylko pojawiła się okazja do przeczytania książki o niej, nie wahałam się ani chwili.

Jedyny pirat na imprezie to książka, która powinna zaspokoić ciekawość każdego fana Lindsey. W bardzo przyjemny i przede wszystkim zabawny sposób opisuje ona swoje życie. Skrzypaczka przeprowadza nas przez lata swojego dzieciństwa, podkreśla, że nie była typowym dzieckiem i wspomina osoby, które wpłynęły na to kim się stała. Zanim książka doszła do skrzypiec i nauki gry na nich, poznałam całkiem dużo zabawnych epizodów z jej życia. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że miała szczęśliwe dzieciństwo. Lindsey nie opisała wyłącznie swoich sukcesów. Patrząc na nią, jak z uśmiechem skacze po scenie nie przyszłoby nikomu do głowy, że zmagała się z zaburzeniami odżywiania i znalazła się w kilku dołkach. Te fragmenty są bardzo pouczające, ale też motywujące. W dobitny sposób podkreślają, że każdy ma chwile słabości, a gwiazdy (chociaż Lindsey się tak nie określa) są tylko ludźmi, robią zwykłe rzeczy, mają przyjaciół i swoje ulubione płatki śniadaniowe. 

Można by myśleć, że sława przyszła z dnia na dzień. Otóż nie. Szczerze mówiąc, sama byłam zdziwiona jak zwyczajnie i jednocześnie bardzo ciężko było skrzypaczce na początku. Gdyby nie spotkani życzliwi ludzie, ale przede wszystkim ciężka praca i determinacja, świat nie poznałby tańczącej hip-hopowej skrzypaczki Lindsey Stirling. Z tą niesamowitą grą na skrzypcach stoją lata ćwiczeń, rozumem to szczególnie dobrze, bo sama jestem z muzyką związana i nic nie przychodzi ot tak. W książce co jakiś czas wspomina, że jak się chce, to się da, a przeczytania tej opowieści jest gwarancją mocnego motywacyjnego kopa. 

Lindsey dobitnie podkreśla swoją inność. Ma swój własny styl i charakterystyczne sposoby zachowań, których poznanie jeszcze bardziej nasiliło moją sympatię do niej. Większa część powieści to opisy ważnych dla niej osób i codziennego życia. Więcej o trasach koncertowych i poważnej karierze muzycznej możemy przeczytać w ostatnim rozdziale. Książkę dopełnia mnóstwo zdjęć, które przybliżają nam opisywane postacie i wydarzenia. 

Czytanie tej książki to było dla mnie ogromną frajdą, a pochłonęłam ją w jeden dzień. Miło było czytać o jakimś konkretnym jej video już go znając. Dla fanów jej muzyki to prawdziwa gratka. Jeśli nie znacie jeszcze Lindsey, koniecznie wejdźcie na jej kanał na YouTube, nie pożałujecie, gwarantuję.  

Pierwsza piosenka Lindsey jaką usłyszałam:
Szczegóły:
Tytuł: Jedyny pirat na imprezie
Tytuł oryginału: The Only Pirate at the Party
Autor: Lindsey Stirling, Brooke S. Passey
Wydawnictwo: Feria Young
Liczba stron: 296

Książka z BOOK TOUR na blogu Bluszczowe recenzje,   #IvyTeam !!! Dzięki za taką akcję i super książkę!
KLIK  --> blog Bluszczowych recenzji
KLIK  -->  regulamin Book Touru
KLIK  -->  Wydawnictwo FeriaYoung

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...